Na zakończenie tegorocznego sezonu koncertowego zostało to, do czego miałem największy sentyment i czego chyba najbardziej nie mogłem się doczekać - zwłaszcza, że koncert przełożono z czerwca na październik. Torwar wypełnił się po brzegi - głównie 30-latkami, ale nie ma się co dziwić. The Cranberries to jedna z ikon lat '90. Teraz po mniej więcej dekadzie przerwy powrócili z nową muzyką a ja dzięki temu przeniosłem się w czasie. Bo podczas koncertu, muzyka przy której dorastałem i która towarzyszyła mi gdy byłem nastolatkiem - teraz do mnie w magiczny sposób powróciła. Znowu poczułem się jakbym miał 16 lat - cos pięknego. Ale kto nie słyszał "Salvation", "When You're Gone" czy klasycznego "Zombie" na żywo - ten nie zrozumie o co mi chodzi...
Setlista wyglądała tak:
- Just My Imagination
- When You're Gone
- Losing My Mind
- Linger
- Free To Decide
- Ordinary Day
- Dreaming My Dreams
- Tomorrow
- Still Can't…
- Desperate Andy
- I Can't Be With You
- Interlude Band solo
- Conduct
- Fire And Soul
- Not Sorry
- Show Me
- Ridiculous Thoughts
- Salvation
- Zombie
- Schizophrenic Playboys
- The Journey
- Dreams